biało-czerwone gotowanie

EatMyDay

środa, 28 września 2011

To już ostatni dzień mojego cateringu. Ciekawe czy to dlatego dzisiejsze menu jest najfajniejsze? ;)

I śniadanie
twarożek z musli i pomarańczą
II śniadanie
mix warzyw z sosem miodowo-musztardowym


obiad
indyk duszony w zielonych warzywach z orzechami laskowymi
sałatka z sosem koperkowym


podwieczorek
pieczone jabłko z gruszką i płatkami migdałowymi
kolacja
sałatka z rukoli z grillowaną cukinią, mozzarellą i szynką parmeńską


---
Wrażenia
---
To był wyjątkowo udany dzień :) Co prawda była jedna porażka, ale reszta była tak smaczna, że zatarła złe wrażenie, a nawet szybko wymazała z pamięci.

I śniadanie wreszcie było dokładnie takie, jak oczekiwałam - smaczny twarożek z mieszanką musli i zamiast cukru - kawałki pomarańczy. Jak dla mnie idealnie.

Drugie śniadanie miało sos oddzielnie, to ja do zdjęcia polałam już warzywa ;) Ogólnie bardzo lubię sos miodowo-musztardowy i zdarza mi się taki robić, ale mieszkanka warzyw, które DO wybrali, to dla mnie porażka. Chyba nigdy nie jadłam tak gorzkiej mieszanki - zielona papryka, seler naciowy, czerwona cykoria… Tej mieszance nawet miód nie pomoże.

Obiadu od samego rana byłam bardzo ciekawa. Muszę przyznać, że spodobały mi się proporcje - indyka z warzywami i orzechami było dużo mniej niż surówki, która mimo sosu koperkowego (nie lubię koperku) była bardzo smaczna :) A dodatek upieczonych (a może usmażonych?) orzechów laskowych do soczystego mięsa i zielonych warzyw - rewelacja! Muszę sama ten patent wykorzystać :)

Podwieczorek był genialny. Po prostu się nad nim rozpływałam… Zawsze uważałam, że jabłko z migdałem się świetnie komponuje, ale jakoś nigdy nie rwałam się do pieczonych jabłek. Kojarzą mi się z papką z rodzynkami itd. W tym przypadku, jabłko wyglądało na tylko trochę podgrzane - na tyle, żeby zrobiło się miękkie, ale nie paćka. Do tego pyszna gruszka i prażone migdały - niebo w gębie :) Ewidentnie im coś jest prostsze, tym lepsze :)

Kolacja była ok., choć troszkę już nudą wiało to ciągłe wciskanie grillowanej cukinii. Co nie zmienia faktu, że ją lubię ;) Troszkę natomiast zawiodła mnie "mozzarella". Nie lubię tej, która kupuje się na wagę, z bloku jak żółty ser. A właśnie taką dorzucono do sałatki. Ja rozumiem, że pływające w serwatce kulki są droższe i się rozpadają, ale kurczę, to zupełnie inny smak. Mimo to sałatka była zjadliwa. Nie narzekałam, bo nadal byłam pod bardzo pozytywnym wpływem podwieczorku ;)
wtorek, 27 września 2011

Wreszcie pomyśleli i dali mi sosy w oddzielnych pojemniczkach :D Lepiej późno niż wcale... Ogólnie dzisiejsze menu wydaje mi się zaskakująco ciekawe :)

I śniadanie
wafel ryżowy z kremową pastą z avokado
II śniadanie
jogurt naturalny z musli sezamowym


obiad
potrawka z kurczaka z razowym penne


podwieczorek
koktajl mleczno-owocowy
kolacja
placki marchewkowo-ziemniaczane z jogurtem


---
Wrażenia
---

Brawo za myślenie - wreszcie dostałam oddzielnie wafle ryżowe i oddzielnie guacamole, które po dodaniu szczypty soli i pieprzu było rewelacyjne - super :) I idealne proporcje do posmarowania wafli.
Drugie śniadanie było trochę nijakie, ale też całkiem spoko. Zdarza mi się samej takie robić, a dawno nie jadłam, więc nie narzekam.
Obiad wyglądał lepiej niż smakował. Jak zwykle plus za razowy makaron, ale jednak trzeba było dodać trochę papryki w proszku i pieprzu. W sumie soli troszkę też. W pierwszej chwili myślałam, że to tylko makaron z marchewką i groszkiem, a za taką sałatką nigdy nie przepadałam. Na szczęście znalazło się też trochę pieczarek i chyba ze dwa kawałeczki papryki ;) Nie umiem rozszyfrować sosu, był zbyt bezsmakowy. Może to to, co zostało z tortilli? Było opisane jako sos pomidorowy, ale było tego tak mało i tak silnie zostało zdominowane przez selera, że kompletnie nie czułam smaku sosu. Tutaj mimo braku innych, zdecydowanych smaków, też nie wiem jaki był sos. Bo chyba raczej nie "własny". A może?
Koktajl na kolację był ok. Po prostu mleko zmiksowane z (roz)mrożonymi truskawkami. Lubię takie koktajle, więc szybko i chętnie go wypiłam :) Chociaż jestem bardzo ciekawa ile % miało to mleko. Czysta, babska ciekawość ;)
Co do kolacji, mam mieszane uczucia. Kiedyś sama takowe smażyłam i wtedy jeszcze nie wiedziałam o cudownych właściwościach suchego teflonu. Widać kucharz z DietOne nie wie o nich nadal, bo placki były przesiąknięte tłuszczem, przez co wieczorem były bardzo miękkie. I tak sporo tłuszczu z nich wypłynęło, bo opakowanie z nimi mi się w torbie przewróciło i tłuszcz się wylał (pół papierowej torby było tłuste!). I mam wrażenie, że odrobię się brzegi przypaliły. Pomijając te "drobne" szczegóły, były bardzo smaczne. Aż mam ochotę zrobić znowu takie placki sama :) Połączenie z jogurtem naturalnym (którego na 2 miniaturowe placuszki było zdecydowanie za dużo) i pomidorkami cherry jak najbardziej trafione.
 
Ogólnie było lepiej niż zwykle :) Bez szału, ale ok. Trochę porównywalnie do pierwszego dnia.
poniedziałek, 26 września 2011

Po weekendzie przerwy (na moje własne życzenie), znowu przyszła pora na catering. Zapowiada się całkiem smacznie :) Nie ma już szpinaku, są 2 porcje ryby - jak dla mnie ok.

I śniadanie
pieczywo pełnoziarniste z pastą z makreli wędzonej
II śniadanie
jogurt naturalny z bananem i otrębami


obiad
pieczona ryba panierowana w płatkach migdałowych
brokuły gotowane na parze


podwieczorek
cząstki pomarańczy z musem malinowym
kolacja
tortilla ze świeżymi warzywami i sosem pomidorowym


---
Wrażenia
---

Duży plus za ryby, duży minus za brak wyobraźni.
 
Zauważyliście jak mi się idealnie śniadania skomponowały z brązowo-złotym obrusem? To nie koniecznie dobrze ;) Pasta z makreli była spoko. Była makrela, był twaróg, była czerwona cebulka, była ość, nie było przypraw. Po wyciągnięciu ości i popieprzeniu, było super :) Ale 1,5 kromki chleba na 2 gałki pasty (bo wyglądały jak gałki lodów)? No heloł, albo więcej pieczywa, albo mniej pasty, bo te proporcje były dziwne.
Jogurt z bananem i otrębami był spoko. Trochę mi się to po Dukanie przejadło (w sensie w ogóle jogurt+otręby), więc ciężko mi wchodziło, ale było ok.
Ryba na obiad i brokuły były całkiem spoko :) Choć chyba połknęłam ość... albo to klima w pracy mi podrażnia gardło, nie wiem. Jednak chyba postawiłabym na ość. Mimo wszystko ryba była smaczna, podobało mi się połączenie z migdałami. Brokuły też były jędrne i intensywnie zielone - super.
Zalanie soczystych cząstek pomarańczy musem malinowym i zostawienie tego na podwieczorek to średnia opcja. Wyjadłam same kawałki pomarańczy, bo mus zrobił się wodnisty i nieciekawy po tylu godzinach łączenia się z sokiem pomarańczowym - pierwszy przejaw braku wyobraźni tego dnia.
Ale kolacja to już porażka. Rano tortilla zapowiadała się bardzo smakowicie. Tylko jak zobaczyłam, że z jednej wypadł kawałek ogórka, już wiedziałam co się święci. I miałam rację. Wieczorem na kolację jadłam rozpadającą się papkę... W której czuć było tylko selera naciowego (ble). Tego sosu też było tyle, co kot napłakał. Słabiutkie zakończenie.
piątek, 23 września 2011

Coraz później dostaję te śniadania, bo dzisiaj już bliżej 8 :) W sumie dobrze, choć śmiesznie, bo kurier mnie dzisiaj bardzo przepraszał za pobudkę :D
W ogóle dostałam torbę z jedzeniem, patrzę na kartkę z menu, patrzę na zawartość i coś mi się tu nie zgadza... Za chwilę dopiero zajarzyłam, że na kartce jest 25.09.2011, a dzisiaj jest 23.09, taki drobny szczegół ;) Na czuja próbowałam wszystkiego i zgadywałam co to. Później wysłałam maila z prośbą o menu na dzisiaj żeby się upewnić. Ogólnie trafiłam, tylko myślałam, że I śniadanie to II i odwrotnie ;)

I śniadanie
pumpernikiel z pastą twarożkową i oliwkami


II śniadanie
serek waniliowy z rodzynkami


obiad
penne razowe z aromatycznym sosem szpinakowym


podwieczorek
jogurt bananowy


kolacja
sałatka ze szparagami i orzechami


---
Wrażenia
---

Moje I śniadanie zjadł G, bo ja nie miałam na nie ochoty, poza tym nie lubię oliwek. Trochę wyśmiał wielkość porcji i to, że plasterek pumpernikla nie ma nawet 0,5cm grubości, no ale cóż... Oczywiście pumpernikiel był cały nasiąknięty twarożkiem i się rozpadał... Nawet nie wnikałam czy był jakkolwiek przyprawiony, czy ta nieudolnie sypnięta papryka z wierzchu miała załatwić sprawę.
Drugie śniadanie zjadłam jako pierwsze, choć jak zobaczyłam na dnie rodzynki, nie byłam zachwycona. Wymieszałam całość i spróbowałam. Nie mogłam dojść co to przez parę minut, ale jak już się zorientowałam, lekki szlag mnie trafił. Ja rozumiem, że to dieta z ograniczoną ilością kalorii. Ale czemu większość tych kalorii jest podawana w postaci słodzonego serka homogenizowanego z megasłodkimi rodzynkami? Już wolałabym tu zwykły serek lub jogurt i świeże owoce...
Obiad był spoko, chociaż to znowu szpinak... Lubię go, ale ile można? No i żadnej sałatki... Plus za razowy makaron - pyszny. Sos też był smaczny, chociaż inny niż do tej pory. No i sprawdziłam, czy plastikowe opakowanie przetrwa podgrzewanie w piekarniku. Nie przetrwał. 150°C, o których mowa pod menu to jednak za dużo. Pojemnik się rozpuścił, ale na szczęście nie na tyle perfidnie, żeby wszystko okleić i być nie do ruszenia. Bardzo szybko zastygł i można było spokojnie go zdjąć w jednym kawałku z blachy, a makaron bez problemu wyjąć.
Jogurt bananowy był super. Nieposłodzony, po schłodzeniu idealny.
Kolacji przyznaję się, że nie zjadłam, bo przed zjedzeniem makaronu, G zamówił sobie chińszczyznę i ja się skusiłam na rosół PHO z kurczakiem i już się tak najadłam, że nie miałam siły na sałatkę. Następnego dnia wyglądała już na mocno zwiędłą i straciłam na nią ochotę. Chociaż mogła być bardzo dobra - ze szparagami, sałatą, fasolką szparagową i pomidorkami. Tylko nie dojrzałam w niej tych orzechów ;) ale może gdzieś na nie z jeden był.
czwartek, 22 września 2011

Nareszcie dostałam jedzenie o przyzwoitszej porze ;) Tzn. o 7:12 :P
Zapowiada się dzisiaj całkiem smacznie :) Choć trochę ubogo. No cóż... Ale nareszcie dostałam rybę! Jestem jej bardzo ciekawa :) Nie ważne, że dzień zaczęłam od razu od małych poprawek śniadania ;)

I śniadanie
naleśnik z szynką i żółtym serem
(wrzuciłam na teflon żeby ser się troszkę rozpuścił, polałam sosem pomidorowo-tuńczykowym (made by G.) i łyżeczką śmietany 12%)


II śniadanie
wafel ryżowy z serkiem brie i pomidorkami cherry


obiad
grillowane warzywa
sałatka z polędwiczką wieprzową


podwieczorek
sałatka owocowa
kolacja
ryba w ziołach z sałatą i kromką chleba razowego


---
Wrażenia
---

Robi się coraz smaczniej i (nie licząc II śniadania :), coraz różnorodniej. Fajnie :)

Chociaż śniadanie zaczęłam od własnych poprawek..., no ale kurczę, suchy naleśnik z plastrem szynki i plastrem sera, nawet nierozpuszczonego, co najmniej wieje nudą. Ale po podsmażeniu na suchym teflonie, polaniu sosem pomidorowo-tuńczykowym i dodaniu łyżeczki chudej śmietany, było spoko :)
Drugie śniadanie mocno rozczarowujące. Znowu kanapka z nadmiarem sera pleśniowego? Litości... Jeszcze ten wafel był rozmiękły...
Na szczęście obiad okazał się pyszny :) Tylko troszkę mało, ale i tak w sumie się najadłam :) Warzywa chyba były w ziołach prowansalskich, ale nie jestem tego do końca pewna. Mniejsza o to, były super :) Sałatka z polędwiczką też. Bardzo delikatne mięsko :) Do tego w bufecie dostałam kompot gruszkowy i było idealnie :)
Fajnie, że na podwieczorek była sałatka owocowa, a nie kolejny koktajl. Chociaż wolałabym owoce jednak na II śniadanie...
Nareszcie była ryba :) Chyba gotowana na parze. Nie rozszyfrowałam jaka to ryba, sorry ;) Ale była całkiem smaczna. Choć dorzucona do niej sałata była nieco gorzkawa. Bałam się, że  z tym pieczywem jeszcze, będzie strasznie sucho, ale mięso ryby okazało się hm.. jak by to powiedzieć, wystarczająco soczyste? No mniejsza o to, było ok ;)

środa, 21 września 2011

Dzisiejszy dzień zapowiada się o wiele lepiej niż wczorajszy, choć pobudkę i sprint do domofonu miałam o 6:15! Co z tego, że w zamówieniu zaznaczyłam dostawy od 7 do 8...

I śniadanie
kanapka z pastą jajeczną i pieczarką
II śniadanie
sałatka z szynki i bryndzy


obiad
pierś z kurczaka pod śmietanowo-szpinakowym musem
gotowany kalafior


podwieczorek
jogurt truskawkowy
kolacja
sałatka z serem pleśniowym, orzechami i jabłkami


oraz moje muffinki
jabłkowo-cynamonowe
(pełnoziarniste)


---
Wrażenia
---

Kanapeczka na śniadanie była smaczna, ale szybko się skończyła ;)
Drugie śniadanie trochę mnie zaskoczyło. Trochę pozytywnie, trochę negatywnie. Pozytywnie, bo mimo bryndzy i chyba pietruszki, była smaczna. Negatywnie, bo było w niej mnóstwo majonezu!
Obiad, choć wszystkich w pracy odstraszał, był bardzo smaczny :) Co prawda mus był śmietanowo-szpinakowy, ale wygląda na to, że te śmietanowe sosy wychodzą im najsmaczniejsze ;) Tylko w bufecie w pracy dokupiłam sobie do tego sałatkę (sałata, ogórek, kiełki, pomidor. Łososia i sos sobie darowałam).
Jogurtu truskawkowego na podwieczorek było wyjątkowo dużo :) I był smaczny :)
Ale kolacja - porażka. Sałatka pachniała jak szarlotka, bo sos był z cynamonem. Ale sos chyba był majonezowy O.o W ogóle mi to nie pasowało ani do tych orzechów, ani do tego jabłka, już nie wspominając o rodzynkach, których nie lubię. Niestety, sałatka wylądowała w koszu, za to zjadłam kanapkę, którą dostałam od pani z bufetu ;)

Generalnie było średnio, choć nie najgorzej ;)
wtorek, 20 września 2011

Po pierwszym, całkiem udanym dniu cateringu, przyszedł czas na drugi. Dzisiaj kurier wyrwał mnie z łóżka ponad 15 minut przed czasem. Nawet nie wiecie jak się cieszę, że mieszkam na 8 piętrze i moje jedzenie musiało wjechać windą :P Inaczej w życiu bym nie zdążyła się ubrać :P Jak przeczytałam dzisiejsze menu, nie byłam zachwycona. Obejrzenie wszystkich potraw wcale nie poprawiło pierwszego wrażenia, wręcz odwrotnie. Oby smakowało lepiej niż wygląda ;)

I śniadanie
kasza manna z rodzynkami i nektarynką
(ode mnie kawa z mlekiem)


II śniadanie
kanapeczka z serkiem pleśniowym, pomidorkami cherry i ogórkiem konserwowym


obiad
makaron ryżowy z kurczakiem oraz duszonymi warzywami


podwieczorek
koktajl malinowy
kolacja
sałatka szpinakowa z jajkiem, szynką i fetą


---
Wrażenia
---

Jestem okropną gapą... Rano, jak zobaczyłam to menu, stwierdziłam, że coś muszę od siebie dodać i upiekłam pełnoziarniste muffinki cynamonowe z jabłkiem. Zdążyłam zjeść tylko I śniadanie i poszłam do fryzjera, gdzie byłam trochę dłużej niż powinnam, więc wpadłam do domu tylko po to praktycznie, żeby wziąć kurtkę na wieczór i jedzenie do pracy (w tym muffinki), po czym wyszłam z domu z kurtką i... parasolką. Bez jedzenia. Skończyło się na tym, że w pracy zjadłam wypaśną kanapkę i pierś z kurczaka po hawajsku z frytkami i pomidorkiem w śmietanie...
Wieczorem okazało się, że dobrze na tym wyszłam, bo jedzenie smakowało tak samo jak wyglądało. Źle.

Na śniadanie zdążyłam zjeść kaszkę. Nie lubię rodzynek, ale pomyślałam sobie, że ok, pewnie kaszka jest totalnie niesłodka jak wczorajszy jogurt, to troszkę dosłodzili rodzynkami i nektarynką. Okazało się, że kaszka była posłodzona! I generalnie za słodka, ale w miarę ok z niezbyt słodką kawą ;)
Moim drugim śniadaniem zaopiekował się G. jak wrócił z pracy (czyli długo przede mną). Wyśmiał proporcje kanapeczki (3x tyle sera co chleba i troszkę dodatków rzuconych od niechcenia), wziął ciabattę i zrobił sobie grzanki z pozostałym serem :)
G spróbował wszystkiego i nic mu nie przypadło do gustu. Ja też, jak wróciłam do domu, spróbowałam. Wcale nie miałam na to ochoty, ale chciałam opisać wrażenia, więc musiałam.
Obiad był fatalny. Nie znoszę takiego makaronu - cieniutkich niteczek. Nie jestem do końca przekonana, czy on był ryżowy, ale mniejsza o to. Kurczak był spoko usmażony, ale te duszone warzywa... I śmierdziało to  i wyglądało ohydnie i naprawdę było paskudne. G porównał to do papki, którą kiedyś Jego Babcia dawała królikom. A zapach był tak "uroczy", że jak spróbowałam, G nie chciał mi nawet buziaka dać, a jest wyjątkowo odporny na wszelkie cebule, czosnki, tuńczyki i takie tam :P
Jedyną zjadliwą rzeczą po kaszce, okazał się koktajl malinowy. Próbowałam rozkminić, czy on przypadkiem nie jest na maślance, ale w końcu sobie darowałam i po prostu go wyjadłam łyżką :P Plus za to, że nie był ani przesłodzony, ani z mało słodki.
Kolacja mnie zabiła już rano, jak na nią spojrzałam. Z G. zauważyliśmy, że porcję da się nałożyć na raz na widelec. Co prawda trzeba by mieć niezły rozdziaw żeby to do ust włożyć na raz ;) ale to nie zmienia faktu, że porcyjka była marna. I dobrze, niewiele jedzenia się zmarnowało... Bo ja nie dałam rady tego zjeść. Spróbowałam troszkę i chyba jeszcze nigdy się tak przy szpinaku nie skrzywiłam przełykając :/ To była nijaka paćka o odrobinę dominującym posmaku... soli. Tzn. słonej fety.

Podsumowując, cieszę się, że zapomniałam zabrać tego do pracy ;) Może ja to podświadomie zrobiłam? Mniejsza o to, i tak nic bym nie zjadła... no, poza koktajlem. Mam nadzieję, że to menu mi się nie powtórzy.
poniedziałek, 19 września 2011

Zamówiłam sobie catering dietetyczny ;) wbrew pozorom bardziej z ciekawości niż z lenistwa :P znalazłam jakiś czas temu na Citeam ofertę - tydzień w/w cateringu za mniej niż 1/3 ceny z DietOne i się skusiłam.
Trochę pechowy-niepechowy był dzisiejszy - pierwszy dzień, bo kurier miał wypadek, przez co moje jedzenie dostarczono dużo później przez kogo innego i za to opóźnienie dostałam jeden dodatkowy dzień gratis :D
Wybrałam dietę 1500 kalorii żeby organizm nie doznał za dużego szoku i po zakończeniu nie zaczął magazynować za wiele ;)

I śniadanie
jogurt jagodowy z płatkami owsianymi


II śniadanie
mix sałaty, papryki i szynki z trójkątami pieczywa ziarnistego


obiad
kurczak w sosie śmietanowo-musztardowym z sałatką wiosenną i brązowym ryżem


podwieczorek
cząstki grapefruita
kolacja
sałatka z szynką parmeńską i grillowaną cukinią oraz grzankami


- - -
Wrażenia
- - -

Wydawało mi się, że porcyjki są malutkie i za nic w świecie się nimi nie najem. Myliłam się :) Jak się je regularnie, co 2-3h, to takie małe porcje są w sam raz. Do tego generalnie było smacznie :) Takie menu mogę powtarzać częściej :)

Zaczynając od śniadania, nie byłam zbytnio przekonana. Jogurt okazał się w ogóle niesłodki, a płatki w środku były chyba lekko zmielone. Trochę nijakie to było i dosyć długo to męczyłam.
Drugie śniadanie nie powalało oryginalnością, ale w smaku było całkiem spoko.
Obiad mnie zaskoczył. Kurczak z beżowym sosie wygląda średnio, do tego pachniał tak, że spodziewać się można było dosłownie wszystkiego. Bardzo się cieszę, że dodano do niego brązowy, a nie zwykły - biały ryż. Trochę zraziła mnie ta śmietana. Serio nie można tego było zrobić w jogurcie? Ale jak już spróbowałam, przestałam się czepiać :) Okazało się bardzo smaczne :) Choć dla mnie za słone. Ale akurat byłam wtedy w pracy i wzięłam sobie kompocik do obiadu w bufecie ;) Do tego ogórek, rzodkiewka i zielona sałata, które też całkiem nieźle łagodziły smak sosu.
Grapefruit na podwieczorek był średnio gorzki, ale niestety musiałam sobie go trochę osłodzić, a i tak jeszcze długo potem czułam gorzki posmak w ustach. Jeszcze nie przywykłam ;)
Zaskoczyła mnie też sałatka na kolację. Okazało się, że jest zupełnie inna od poprzednich. Oprócz zwykłej, zielonej sałaty, okazało się, że jest tam też rukola, co bardzo wzbogaciło smak. Całość była w fajnej przyprawie, której niestety nie udało mi się rozszyfrować. No ale wrzucenie grzanek do mokrych warzyw, które mają być spożyte jako ostatni posiłek to lekka kpina ;) Gdyby były w oddzielnym, suchym pojemniczku, to można by je było nazwać grzankami, a tak to po prostu kostki chleba. Na szczęście nie rozmiękłego.
Szablon