biało-czerwone gotowanie

degustacja

piątek, 30 kwietnia 2010

Zdarzają mi się czasem różne miłe rzeczy związane z moim blogiem. Raz mniej miłe, raz bardziej. Ta, o której napiszę, była jedną z tych najbardziej :)

Pewnego dnia dostałam zaskakującego maila od Pani reprezentującej Restaurację Buffo w Warszawie. Owa Pani to MaGusta. Trafiła do mnie przez mojego bloga właśnie i po zapoznaniu się z jego treścią, postanowiła mnie zaprosić, żebym mogła spróbować nowego menu degustacyjnego i wspomnieć o tym na blogu. Przyznam szczerze, że w pierwszej chwili miałam wątpliwości. Bałam się, że nie mam dostatecznej wiedzy (w końcu nie zrobiłam kursu gotowania) żeby opisywać profesjonalne potrawy. Kolejna obawa pojawiła się, kiedy przeszłam na dietę proteinową. Wykombinowałam, że jeżeli pójdę z Tatą, będzie próbował tego, czego mi nie wolno (mam zaufanie do Jego kubków smakowych ;)

Logo Buffo

Zdaję sobie sprawę z tego, że powinnam się skupić na menu degustacyjnym, ale muszę także wspomnieć o samym lokalu. Mieści się oczywiście w tym samym budynku co Teatr Buffo, jest bardzo sympatycznie urządzony, z ciekawymi grafikami na ścianach, idealnym oświetleniem (ani nie za ciemno, ani nie za jasno) i łagodną muzyką w tle. Miło się tam siedziało. Mój Tata zwrócił uwagę na wygodne krzesła :) Oprócz tego fantastyczna obsługa. I coś, co dla mnie osobiście jest najważniejszą rzeczą w każdej restauracji. Bez tego może być i świetne jedzenie i super obsługa, a i tak nie będzie mi się podobać. Toaleta. Z przykrością muszę stwierdzić, że już daaawno nie byłam w restauracji w tak schludnej toalecie. Chyba zacznę w innych miejscach przyklejać karteczki na drzwiach z napisem „Idźcie do Buffo zobaczyć jak powinna wyglądać toaleta i weźcie z nich przykład!”. Pomijam już nawet sam przyjemny dla oka wystrój. Ale absolutną podstawą jest nienaganna czystość i ładny(!) zapach unoszący się w toalecie.


Przejdźmy do sedna. W końcu poszłam na degustację, więc zajmijmy się najważniejszym – jedzeniem.

Dostaliśmy kartki z wydrukowanym menu degustacyjnym. W tym momencie Tata stwierdził, że trzeba było wziąć Mamę, bo tu więcej rzeczy jest dla Niej ;) Zmienił zdanie jak dostał jedzenie. Nagle okazało się równie dobre dla Niego :)


PRZYSTAWKI

Krewetki tygrysie z sałatką z avocado



Łosoś wędzony z plackiem ziemniaczanym



Sałatka z kurczakiem z mango i chilli


Na dzień dobry, zaraz po napojach, dostaliśmy wielki talerz z przystawkami (każdy swój). Przeraziłam się ilością jedzenia, ponieważ była mowa o miniaturowych wersjach posiłków. Wszystko tak pięknie wyglądało, że nie mogłam sobie odmówić i postanowiłam, że będę próbować każdego dania mimo diety. Po jednym kęsie każdego składnika, a nie całe porcje, żeby tylko poczuć smak na tyle, aby móc go potem opisać.

Zawsze byłam optymistycznie nastawiona do przyrządzonych przez kogoś krewetek. Mniej do własnoręcznego ich przygotowywania ;) Inne podejście miał Tata. Nie lubi krewetek i już. Ale dzielny był i spróbował. Jak spróbował, zaczął żałować, że nie ma ich więcej :) Były po prostu rewelacyjne. Bez zbędnej panierki, z pomidorem, w sosie, lekko słodkawe. Nieco gorzej miało się avocado z rukolą. To połączenie wydało mi się bezsmakowe, za to tłuste. Krewetki same są zdecydowanie lepsze.

Gdy zobaczyłam płat wędzonego łososia, nie ukrywam, że bardzo się z tego ucieszyłam. Aktualnie, będąc na diecie Dukana, chyba uzależniłam się od tej ryby. Wycisnęłam cytrynkę, spróbowałam i nadal byłam bardzo ucieszona. Nie ma to jak świeżutki kawałek łososia. Placka ziemniaczanego się trochę bałam próbować, bo nie przepadam. Okazał się chrupiący, nie przesiąknięty tłuszczem, bardzo pozytywnie wypadł. Tacie również całość smakowała, ale gdyby była taka możliwość, dodałby do tego zestawu jakiś sos, ponieważ dla Niego sama ryba z plackiem na ogół jest odrobinę za sucha (dla mnie absolutnie nie).

Została jeszcze sałatka. W pierwszej chwili zachwycił mnie sos z mango. Chilli nie poczułam. Niestety kawałek kurczaka im dłużej go gryzłam, tym bardziej stawał się suchy. Bez sosu to już nie to.


DANIE GŁÓWNE


Przejście do dań głównych oznacza kolejny wielki talerz z bardzo apetycznie wyglądającą zawartością i oddzielnie dwie sałatki.

Polędwiczki często wychodzą zbyt suche. Te były idealnie soczyste i świetnie doprawione. Zaskoczyło mnie to, że żaden smak nie dominował, każdy był tak samo wyczuwalny, nie było za słono (jak to często bywa z suszonymi pomidorami) ani mdło.

Oboje z Tatą nie lubimy wątróbki. Chyba jesteśmy w tej kwestii niereformowalni. Niemniej jednak, muszę przyznać, że była to najdelikatniejsza wątróbka jaką kiedykolwiek jadłam. I jabłka nie były ani surowe ani rozmaślone, takie w sam raz. Fanom wątróbki jak najbardziej polecam.

Roladki z piersi kurczaka były nadzwyczajnie soczyste. Bardzo podobało mi się jak smaki przechodziły powoli od łagodnej mozzarelli do nieco pikantnego chorizo.


Polędwiczki wieprzowe nadziewane szpinakiem i suszonymi pomidorami w sosie z sera gorgonzola


Wątróbki cielęce z jabłkiem i cebulką



Filet z kurczaka nadziewany wędzoną mozzarellą i chorizo


Przyznaję, że nigdy wcześniej nie odważyłam się spróbować sałatki ani z serem gorgonzola ani z gruszkami. Wiem, że jest to popularne połączenie, w tej chwili mam wrażenie, że nawet modne. Smakuje ciekawie, nie powiem. Niestety dla mnie ta sałatka jeszcze z rukolą okazała się za ostra. Gruszka nieco ją łagodziła, ale jednak dla mnie niewystarczająco. Natomiast Tacie nowe połączenie smaków przypadło do gustu.

Druga sałatka pozornie była bardzo podobna. Też składała się z sałat, sera i owoców, a jednak było to zupełnie co innego. Sałaty z sosem okazały się gorzkawe w smaku. Odrobinę ratowało je winogrono. Natomiast ciepły ser kozi w migdałach rozpływał się w ustach, a jednocześnie dzięki panierce można było troszkę pochrupać ;) Oryginalne połączenie.


Sałatka z serem gorgonzola i gruszkami



Sałatka z kozim serem w migdałach



DESER

Na zakończenie przysługiwał nam deser. Jako zwolennicy lodów waniliowych, tychże się spodziewaliśmy. Tym bardziej, że w regularnym menu widnieje taka pozycja jak lody waniliowe z ciepłym sosem z czerwonych porzeczek. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy gałka lodów okazała się pomarańczowa (a może lekko cytrynowa?), a nie jesteśmy smakoszami cytrusowych lodów. Sos bardzo smaczny (choć za jeżynami także nie przepadamy) i kapka bitej śmietany na całe szczęście niesłodzona. Czekając na lody, trochę się zagadaliśmy i zapomniałam o zdjęciu jak już je dostaliśmy. Wykorzystaliśmy ten moment nieuwagi na mały eksperyment. Zamówiliśmy jeszcze jedną porcję deseru, ale tym razem z kulką lodów… waniliowych :) Tym razem nasze zaskoczenie było jeszcze większe, ponieważ połączenie jeżyn i cytrusów okazało się o wiele smaczniejsze,  zdecydowanie wyrazistsze i ciekawsze.

Lody z ciepłym sosem jeżynowym



Podsumowując, menu degustacyjne jest świetnie. Oboje z Tatą się przejedliśmy, choć ja tylko próbowałam po troszeczku wszystkiego, Tata też nie zjadał całych porcji. Wiem, że z racji mojej diety to był olbrzymi grzech, ale ani odrobinę nie żałuję, serio. Jeżeli istnieje możliwość zamówienia sobie tego właśnie zestawu, to oboje bardzo gorąco wszystkim polecamy. Koszt takowego to 79zł. Za taką ilość jedzenia, a także różnorodność potraw i smaków, to naprawdę nie jest dużo. Poza tym spokojnie najedzą się 2 osoby. Jeśli inne potrawy, z regularnego menu, są równie smaczne (w co nie wątpimy), to myślę, że każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Szablon